tutaj znajdziecie relacje z naszej działalności / WYJAZDY
SIURANA kwiecień 2010 - relacja z wyjazdu
Wyruszyliśmy w 9 osób 9 kwietnia. Dziewiątka to dobra liczba.
Nasz pierwszy cel to Saffres. Miejscowość ta znajduje się we Francji, a dokładnie w Burgundii, w regionie Dijon. Czeka tam na nas 400 sportowych dróg, a dzieli nas od nich jedynie 1500km i kilka-naście (sic!) godzin jazdy. Głód wspinu jest wielki, palce swędzą, zniecierpliwienie narasta, zbieramy ekipę, pakujemy AUCCObus i ruszamy. Poniżej krótka charakterystyka zdjęciowo-literowa uczestników akcji.
![]() |
Marcin – prowodyr i siła napędowa całego zamieszania, kierowca, animator grupy | ![]() |
Paweł – współprowodyr, drugi kierowca, animator |
| Ola – 6b+ hunter, ładniejsza i zgrabniejsza połowa Born teamu | ![]() |
Born ... – chodząca moc .... (to climb). Ta czapka została zgubiona po raz enty skutecznie ;). |
![]() |
![]() |
Maciej – mistrz bębna i … garnka… i wszystkiego na czym da się grać, choć większości nie przyszłoby to do głowy | ![]() |
Gosia – główny fotograf wyjazdu |
| Marta – psychological support – przyszłość trójmiejskiego wspinania kobiecego, gdyby tylko nie gubiła butów… | ![]() |
Tomasz vel Słońce vel Pudzian vel Piżmak – czy potrzebny jest jeszcze jakiś komentarz? Jak widać Tomek miał asa w ... kapturze ;). |
![]() |
![]() |
Natalia – psychological support – miłośniczka wędkowania i koneserka hiszpańskiego wina |
10/04/2010 sobota
Kilkanaście butelek wina później (szacunek dla kierowców) jesteśmy na miejscu. Krótka kimka w naprędce rozbitych namiotach ... lub naprędce rzuconych na ziemię karimatach, szamanko i mykamy w skałery. Okazuje się, że Saffres to bardzo ciekawe miejsce oferujące wspinanie w całej skali trudności. Jeżeli chodzi o formacje to przeważa pion, jednak amatorzy odchyłów znajdą tutaj dla siebie również ciekawe drogi przewieszone. W Saffres jest dużo długich, sięgających 40m i więcej dróg. Wszystkie są ponumerowane i ładnie opisane na skale - po prostu niemiecki porządek we francji ... Gdyby nie to, że każdy z nas czekał na Siuranę, odjeżdżalibyśmy z Saffres z żalem, jednak zew hiszpański jest silniejszy i po południu wszyscy ochoczo wsiadają do fury, aby ruszyć w dalszą drogę.
11/04/2010 niedziela
Kolejnych naście godzin i nasze serca zaczynają tłoczyć krew odrobinkę szybciej, a oczy łapczywie pożerają przesuwające się za oknem formacje skalne – oto przed nami mury Costa Daurada.
Pobyt w Siuranie zaczynamy od krótkiego rekonesansu klimatyczno-widokowego wypełnionego prawidłowymi reakcjami. Podczas spaceru po Siuranie i otaczających ją skałach z ust naszych płynęły "achy" i "ochy" ... nie zabrakło też kilku klasycznych "ja pierd....., jak tu pięknie". W uniesieniu i pełni emocji zaczynamy budować wioskę, której niezbędnym wyposażeniem jest taśma do slackline'u, po czym zgodnie podejmujemy decyzję, że odsypianie drogi odkładamy na później i udajemy się na wspin.
Na pierwszy ogień wybraliśmy Margalef, który znajduje się 39km od Siurany – czas dojazdu około godziny. Margalef doskonałe miejsce na dzień rozgrzewkowy, szczególnie po dość rozrywkowej nocy w wesołym auccobusie. Przekrój dróg od 4 do 9a. Na zmęcznie nakłada się upał w związku z czym tego dnia padają takie ekstremy jak 4 – Born OS, 5 – Marcin OS (z dygotem), reszta ekipy zajęła się wędkowaniem. Tego dnia Gosia urobiła swoją pierwszą całą drogę w prawdziwych skałach - 4 OS na wędkę.
Po kilku godzinach na słońcu, wracamy na camp. Po naprędce przygotowanym posiłku tylko nieliczni mają jeszcze siłę na spacer. Reszta zalega w campowym barze i zapija trudy podróży.
12/04/2010 poniedziałek
Budzi nas deszcz – to tyle jeśli chodzi o marzenia o słonecznej Hiszpanii. My jednak się nie łamiemy i konsekwentnie realizujemy nasz plan – czyli La Riba. Pierwsze oznaki radości goszczą na twarzach, gdy po drodze mokry asfalt pod kołami zamienia się w suchy. Okazaje się, że w La Ribie nie pada i można się wspinać. La Riba nie jest tak dużym regionem jak Margalef, ale i tu jest z czego wybierać. Pada kilka dróg w zakresie 6a – 6c, Marta wraz z Natalią pod czujnym okiem Pawlika i Piżmaka trenują na wędkowych piątkach. Wspinamy się do oporu, w tym wypadku oporu natury, czyt. oberwania chmury.
13/04/2010 wtorek
Znowu pada. Postanawiamy trochę odpocząć. Jak się szybko okazuje nasza silna wola jest dość słaba (a może rządza wspinu zbyt silna…) i ostatecznie ruszamy na Siurański upper Wall czyli najwyżej położoną (tym samym najłatwiej dostępną) ścianę w Siuranie. Widoki przepiękne, wspin estetyczny , drogi do wyboru długie – wytrzymałościowe, krótkie - siłowe oraz wszelkie kombinacje wyżej wymienionych. Tego dnia pada 7a - szczęśliwym zdobywcą jest Marcin, który pokonał swoją przeciwniczkę w drugiej próbie. Resztę ekipy odstraszyła od tej drogi dość długa połoga sekwencja bez wpinek. Marta wraz z Natalią coraz pewniej radzą sobie z piątkami.
14/04/2010 środa
Ciągle pada. Chociaż na campie nastroje raczej ponure, my nie ulegamy depresji. Nasz dzisiejszy cel to Villanova De Prades. Po emocjonującym odcinku specjalnym – bardziej przypominającym Camel Trophy niż cywilizowany europejski podjazd pod skały – docieramy na miejsce. Mur skalny zapiera dech w piersiach. Wyobraźnię pobudza dodatkowo rozciągnięta pomiędzy skałami ponad stumetrowa tyrolka. Niestety większość dróg jest mokra, nawet jeśli nie w całości, to od połowy. Tym razem zadowalamy się spacerem oraz kilkoma baldzikami wymyślonymi naprędce i przewspinanymi w trampkach. Mimo niedosytu odjeżdżamy zadowoleni w przekonaniu, że jeszcze tu wrócimy.
Po powrocie z Villanova decydujemy się na wspin w Siuranie. Tym razem schodzimy na Lower Wall. Marcin wybiera sobie jakąś 7b - najłatwiejszą drogę w sektorze ósemkowym ;-). Walka jest wyrównana, ale siódemka be okazuje się odrobinę silniejsza. Marcin pomimo braku opuszka odchodzi jednak z uśmiechem na ustach i stwierdzeniem, że jest "wkaszalna".
15/04/2010 czwartek
NIE PADA!!!! Wstajemy wcześnie i jedziemy do Arboli, gdzie wspinamy się sektorze El Falco – jest mega-super-ekstra-na-wypasie. Piękne długie drogi, zapierające dech w piersiach widoki – jednym słowem miejsce marzenie. Marcin OeSuje 35metrowe 6b, a reszta drużyny dzielnie na nim walczy. Godnym odnotowania jest fakt, iż Marta płynnie przeskakuje z 5+ na 6a!!! Pawlik tego dnia dzierżąc Fervex jako oręż toczy batalię z podstępnie zakradającym się do jego organizmu wrogiem. Jako działania zmylająco obronne stosuje sen w samochodzie :).
16/04/2010 piątek
Poranek z serii ‘na dwoje babka wróżyła’ - z jednej strony chmury jak nad Mordorem, z drugiej jakby się przejaśniało. Do tego zero wiatru i ciężko powiedzieć co będzie dalej. Pawlik wstaje tego dnia z laurem zwycięstwa na czole - choroba została zduszona w ... zduszarni :). Po krótkiej naradzie decydujemy się na
dzień restowy w Barcelonie. Dodtkowym powodem jest konieczność odwiezienia Natalii na lotnisko w Reusie, co jest po drodze. 160km w jedną stronę, ale warto. W Barcy po raz drugi odkąd przyjechaliśmy do Hiszpanii mamy okazję powylegiwać się na słońcu, co czynimy z przyjemnością po krótkiej przebieżce po klimatycznych, wypełnionych muzyką uliczkach. Piknik w centrum pięknego, pełnego życia miasta, dobre towarzystwo, ciepełko i Sangria za niecałe dwa ojro, czego chcieć więcej? ;-). Sielankowy klimat sprzyja rozleniwieniu my jednak nie potrafimy usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Nasz kolejny cel to La Fuixarda, a konkretnie tunel wspinaczkowy (jakkolwiek to brzmi). Czas nas nagli więc mając do wyboru spacer i przejażdżkę kolejką linową nad Barceloną wybieramy kolejkę. Słuszny wybór!!! Z góry możemy obejrzeć całe miasto, a jest co podziwiać. Jeszcze tylko pół godziny spaceru i jesteśmy na miejscu. Muszę przyznać, że mimo, iż wiele o tym miejscu słyszałem to i tak robi na mnie wielkie wrażenie. Sądząc po wyrazie twarzy reszty ekipy mogę śmiało stwierdzić, że nie tylko na mnie. Obiekt ma ze 150, jeśli nie 200 metrów długości. W samym tunelu jest 76 dróg, a w okolicy prawie drugie tyle. Tunel został zaadaptowany przez wspinaczy po zamknięciu biegnącej nim drogi. Na ścianach jest mnóstwo chwytów i co dziwne i mega atrakcyjne, dużo różnego rodzaju formacji, włączając wielkie, udające nacieki sople w suficie. Miejscowi wspinacze wytyczyli na terenie całego "obiektu" wiele dróg, które są ładnie ubezpieczone (wklejone ringi), wycenione i opisane. Jednym słowem największa bulderownia o jakiej słyszałem. Wszystko za darmo i dostępne całą dobę !!! Jakież było nasze zdziwienie, gdy w momencie, kiedy w naszych głowach kiełkowała myśl "szkoda, że robi się ciemno" .... zapaliło się światło !!!
Trawers przez całą długość wydaje się nie do przejścia, a dach zapiera dech. Spędzamy tam chyba ze cztery godziny. W tym czasie Born jak dziecko, które dostało swoje ulubione zabawki, bawi się chwytami i spektakularnie rozprawia się z drogą 7b+ wisząc do znudzenia w suficie ... silny chłopak. Około 23 zaczynamy się zawijać. W drodze powrotnej musimy jeszcze zahaczyć o Reus i odebrać Natalię ponieważ z powodu pyłów wulkanicznych jej lot do Polski został odwołany. Na camp docieramy po 2 w nocy.
17/04/2010 sobota
Po naładowanym atrakcjami (i wspinaniem :) dniu restowym jesteśmy trochę zmęczeni. Nikomu nie chce zrywać się zbyt wcześnie, zaczynamy leniwie. Odrobiny skrzydeł dodaje fakt, że nie pada. W końcu ruszamy. Nikomu nie chce się eksplorować nieznanych rejonów więc decydujemy się na Siuranę. Po wspólnej rozgrzewce każdy oddala się w swoją stronę i podejmuje walkę ze swoimi demonami, wszak podczas tego wyjazdu ostatni raz odwiedzamy Siurana Wall. Wspinamy się do 16-tej po czym zawijamy się na obiad. W podjęciu tej decyzji pomaga nam coraz obficiej padający deszcz. Po obiedzie zajęcia wolne. Część ekipy udaje się do sektora Valley Walls w poszukiwaniu wielowyciągówek oraz aby poobcować z kultową La Ramblą by Kris (poszukiwania zakończone sukcesem, jednak deszcz przekreślił jakiekolwiek marzenia o wspinie). Druga grupa wraca po zostawione wcześniej na Lower Wall ekspresy. Trzecia część ekipy, jak się potem okazało ta najrozsądniejsza, udaje się do baru…
18/04/2010 niedziela
Pochmurnie, ale nie pada. Naszym dzisiejszym celem jest la Mussara. Rejon znajduje się dość blisko Siurany, ale droga do niego kręta, więc dojazd trwa około 40 minut. Po drodze zatrzymujemy się w LA Mussara, która tak naprawdę jest niezamieszkanymi ruinami przepięnie położonej, małej wioski. Warto się tam zatrzymać i zwiedzić ruinki kościoła i domów. Dodatkową atrakcją po drodze są pozostałości po amerykańskiej bazie wojskowej w Los Castillejos, położonej na przełączy. Dzień można powiedzieć roboczy - zwiedzanie i wspinanie.
Wieczorkiem grupa osób przykleja sobie karteczki do czoła, cieszy się z tego i każdy przekrzykuje ze śmiechem każdego ... wariaci to?
19/04/2010 poniedziałek
Hiszpania żegna nas pięknym słońcem od samego rana. Jest tak pięknie, że żal wyjeżdżać. Ale nic to, nasz czas dobiegł końca. Wciągamy śniadanko, zwijamy namioty, pakujemy AUCCobus, robimy zakupy i ruszamy na ostatni hiszpański wspin do Montral. Na myśl o kolejnych kilkunastu godzinach w trasie niektórym odchodzi chęć na wspianie, które zastępują wylegiwaniem się na słońcu lub grą we frisbee. Reszta podejmuje wyzwanie i rusza w ostatni bój hiszpański.
Zgodnie z planem o 16 tej ruszamy w dalszą drogę. Nasz następny i ostatni zarazem przystanek, to…
20/04/2010 wtorek
…Cormot już we Francji. Różnica temperatur jest powalająca. Przyzwyczajeni do warunków ‘siurańskich’ wyskakujemy z namiotów opatuleni w najcieplejsze ciuchy jakie za sobą zabraliśmy, po czym szybko musimy się rozbierać bo we francuskim słońcu gotujemy się żywcem. Skały widać z parkingu, na którym się rozbiliśmy. Po 10 minutach spaceru jesteśmy pod murem. Jest z czego wybierać. W okolicy znajduje się około 180 obitych dróg, o trudnościach od 4 do 7b, o długościach do 35 metrów. Nie mamy przewodnika więc wybieramy ‘na oko’. Wspinanie jest dość specyficzne – w oczy i ręce rzuca się brak krawądek, dziurek, w zasadzie czegokolwiek co by się zaginało. Przeważają obłości. Jednym słowem mnóstwo, pięknego, wytrzymałościowego, niekontuzjogennego wspinu dla każdego.
Wspinamy się do 15-tej i musimy uciekać. Cormot opuszczamy z żalem. W końcu mieliśmy doskonałe warunki pogodowe, co niewątpliwie dodało ze trzy punkty do morale. Pewien jestem, że prędzej czy później tu wrócimy - na razie czas wracać do domu.
Każdy z nas zobaczył mnóstwo ciekawych miejsc, jednym podobały się te innym tamte. Pogoda nie łaskotała nas piórkiem po gołych torsach, ale każdy bez wachania wróci do Siurany, gdyż każdy bez wyjątku zostawił tam conajmniej jedno miejsce, drogę, czy balda, któremu powiedział "cześć mam na imię Tomek, powspinamy się razem?", albo "wrócę tu i zniszczę Cię, ty .... za trudna drogo" :).....









